XXXI Niedziela Zwykła
(Łk 19,1-10)

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

 

O tych,  którzy "zwariowali" dla Chrystusa

 

Czytając o Zacheuszu, który był zwierzchnikiem celników, a który dla spotkania z Jezusem zgodził się na ośmieszenie i szyderstwa przypomniałem sobie historię ciekawego człowieka. Opisał ją niedawno w jednej ze swoich książek O. Wojciech Prus OP.  Otóż przenieśmy się oczyma wyobraźni do czwartego wieku po Chrystusie. Jesteśmy w Mediolanie, gdzie w tym samym czasie i miejscu spotkali się wielcy ludzie: obok teologów Ambrożego  i Augustyna  żył w tym mieście Mariusz Wiktoryn, którego przy­równalibyśmy do kogoś z pierwszych stron gazet, z najważniejszych wydań wiadomości telewizyjnych - wszyscy go znali; był najważniejszym filozofem po­gańskim tamtego czasu. Pewnego wieczoru Mariusz Wiktoryn przyszedł do mądrego księdza Symplicjana na męską rozmowę o prawdzie: "Słuchaj Symplicjanie, ja juz je­stem chrześcijaninem, bo ja juz wszystko przeczy­tałem i wszystko juz wiem". Na to Symplicjan: "Nie uwierzę, dopóki ciebie nie zobaczę w kościele". Symplicjan doskonale wiedział, na czym polegał problem Mariusza Wiktoryna - pomylił wie­dzę z wiarą, intelekt z tym, co jest decyzją serca i intelektu. Wiedział, że w wierze Mariusza Wikto­ryna potrzeba było jeszcze kroku, decyzji rzucenia się w nieznane. Wiedział, że ofiara wiary będzie dla niego polegała na tym, że wszyscy przyjaciele, kole­dzy, właśnie ci filozofowie pogańscy, dla których był autorytetem, zaczną się pukać w głowę i powiedzą " Zwariował, poszedł do kościoła i usiadł w ławce z ludźmi, którzy nic nie rozumieją, którzy są niewy­kształceni, którzy nie mają odpowiedzi na filozoficzne pytania. Gdy zatem Mariusz Wiktoryn przyszedł do Symplicjana ze słowami: "jestem już chrze­ścijaninem", ten nie wyłuszczał, o co chodzi, tylko stwierdzili: "Nie uwierzę, dopóki  nie zobaczę Ciebie w kościele". Mariusz odszedł z tymi słowami, ale wrócił po pewnym czasie i oznajmił: "Chodźmy do kościoła, chcę zostać chrześcijaninem".

Opisuje to wydarzenie w swoich Wyznaniach święty Augustyn (zob. VIII 2). Historia jest niesa­mowita, bo kiedy prezbiterzy Kościoła mediolań­skiego dowiedzieli się, że Mariusz Wiktoryn zdecydował przyjąć chrzest, zaproponowali, żeby odbył się po cichu, w bocznej kaplicy, by nie robić sensa­cji. Na to Mariusz Wiktoryn odpowiedzial: "Nie, ja chcę w katedrze, w najważniejszym kosciele, żeby wszyscy widzieli". Rzeczywiście, gdy wszedł do kościoła podniósł się rwetes, ludzie go rozpoznali i przeszedł szmer: "Mariusz Wiktoryn, Mariusz Wik­toryn". Jego koledzy, filozofowie, z lekceważeniem pukali się później w głowę i mówili: "Wiktoryn zwa­riował".

W historii Mariusza Wiktoryna wyraźnie widać podbienstwo do dziejów Zacheusza. Zgoda na ośmieszenie jest wpisana w drogę wiary.

ks. Jacek Socha


Szkoła Nowej Ewangelizacji Gdańsk ® 2006