Co nowego słychać w sprawie nieba?

Dokąd odchodzą nasi rodzice, krewni i przyjaciele? Co się z nimi dzieje? Co wreszcie będzie z nami, gdy spotkamy się z Chrystusem? Chrześcijaństwo daje człowiekowi bardzo konkretne odpowiedzi na te pytania. Bóg czyni wielkie rzeczy na ziemi a jednocześnie przeznacza nas do życia w "przyszłym świecie".

Generalnie wiemy, że Pan Bóg przygotowuje nam jakieś wielkie dobro i nagrodę po drugiej stronie życia. Niekiedy nie bardzo potrafimy niestety nawet w przybliżeniu powiedzieć, na czym będzie ona polegała. Padają tutaj często sformułowania typu: "na tamtym świecie będzie lepiej", "babcia już nie cierpi". Zapamiętaliśmy też może Pawłowe zdanie: "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...". Ale to nie wszystko przecież.

Niekiedy wyobrażenia w kwestii przyszłego życia bywają nawet bardziej mętne lub fragmentaryczne. "Któż to wie, co tam będzie?" stwierdzają czasami panie przy straganie. Trzeba jednak stwierdzić, że co nieco wiadomo o tym, co będzie z człowiekiem po śmierci.

1. Wspólnota, wspólnota, wspólnota...

O przyszłości myślimy często w kategoriach indywidualnych. "Co będzie ze mną po śmierci?". "Co stało się z moimi dziadkami, rodzicami?". Dzisiaj jednak Kościół na przyszłość obiecaną przez Chrystusa chce spojrzeć inaczej niż w przeszłości. Wracamy do tutaj do myślenia pierwszych chrześcijan. Otóż na ziemi nie żyjemy w odosobnieniu. Nie chodzi przy tym tylko o ludzką samotność - jesteśmy przecież członkami wspólnoty Kościoła. Poprzez chrzest zostaliśmy wyrwani z drogi indywidualizmu i staliśmy się członkami wielkiej rodziny sióstr i braci, do której należy także Chrystus i jest w niej najważniejszy. To w Nim właśnie jesteśmy dla siebie braćmi i siostrami.

Wiele obrazów biblijnych mówiących o przyszłości, o niebie, tak naprawdę mówi o przyszłości Kościoła. Jest to podstawowa perspektywa; przyszłość wspólnoty, której jestem częścią. To Kościół dochodzi do swojej pełni, do spełnienia, do którego został przeznaczony. Zawsze urzekała mnie apokaliptyczna wizja Nowej Jerozolimy (zob. Ap 21) - biblijnego miasta, które zstępuje z nieba, aby stać się mieszkaniem dla wybranych. Apokalipsa ukazuje niebo właśnie jako miasto a więc jako przestrzeń, gdzie będziemy wszyscy razem.

Miasto na starożytnym Bliskim Wschodzie było miejscem spotkania, wymiany handlowej, wymiany informacji i poglądów. Dawało także możliwość zaczerpnięcia sił przed dalszą podróżą w niesprzyjającym klimacie. Jest ono też synonimem bogactwa i bezpieczeństwa; do miasta chroniono się w razie zagrożenia. Było ono także siedzibą władcy oraz ośrodkiem kultury, twórczości. Trzeba mieć przy tym na uwadze fakt, iż biblijne miasto ma niejednokrotnie niewiele wspólnego z miastami naszej epoki, gdzie urbanizacja doprowadziła do wyobcowania człowieka z wielu więzi, które posiadał, skazując go jednocześnie na oszałamiającą nieraz samotność. Niebo w Apokalipsie także zostało ukazane jako miasto, ale oczywiście jako miasto według wcześniejszego rozumienia. Oznacza ono, iż będziemy blisko Boga, ale jednocześnie i blisko siebie. To będzie Jego miasto, ale wypełnione nami.

Chrześcijaństwo nie zna osobistego szczęścia w oderwaniu od braci, od innych. Dotyczy to także nieba. Nie istnieje "niebieski" egoizm, który oderwałby moje szczęście od pozostałych. Szczęście nie jest tylko jakimś błogostanem - jest pełnią tej wspólnoty, którą już tutaj tworzymy, a która boryka się dzisiaj z tyloma kłopotami poprzez nasz grzech, który zawsze jest jakąś formą egoizmu. Tutaj dostrzec możemy, dokąd ukierunkowuje nas ewangeliczne zalecenie altruizmu obecne na tylu miejscach Ewangelii: mamy "przygotować się" na życie w doskonałej wspólnocie między sobą i z Bogiem. Każdy grzech stanowi rysę w owej wspólnocie. Zwróćmy uwagę, iż Nowy Testament mówi bardzo często o Królestwie używając obrazu uczty, wspólnego posiłku (zob. np. Mt 8,11; 22,1-14; Łk 12,37; 14,15;). To obraz radości dzielonej z innymi. Oznacza on nie moje tylko zadowolenie, ale radość wspólnoty, która wynika z przebywania razem.

Kto w związku z tym wchodzi do nieba? Oczyszczeni. Ci, którzy otworzyli się na łaskę Chrystusa. To ona przemienia człowieka i pozwala wydobyć się z grzechów, z tego wszystkiego, co jest w nas egoizmem. Pokuta na ziemi oraz czyściec dla tych, którzy owej pokuty na ziemi nie dokończyli, stanowią dla człowieka możliwość pozostawienia swojego egoizmu i otwarcia się na drugiego. Do nieba wchodzą tylko ci, którzy trwale oduczyli się mówienia "ja" zamieniając je na "my" i zamiast nieustannego spoglądania we własne odbicie lub konto bankowe, czymś najważniejszym uczynili potrzeby i obecność drugiego człowieka. W niebie nie ma egoizmu. Bóg jest doskonałą miłością, która nieustannie "wylewa się" na zewnątrz, ku nam. Bycie w niebie to nie wejście do jakiejś zamkniętej przestrzeni, ale możliwość bycia pochwyconym przez ową miłość i danie ponieść się dalej, w głąb, przez całą wieczność. To po prostu przestawanie z Bogiem w bezpośredniej bliskości, "twarzą w twarz" (zob. 1Kor 13, 12).

Należymy do wielkiej wspólnoty, która nazywa się Ciałem Chrystusa. Jezus też do niej należy. Jesteśmy z Nim nierozdzielnie połączeni tworząc jeden organizm. Niebo mówi nam o tym, że kiedyś łączność pomiędzy nami a Nim osiągnie stadium pełniejsze, widzialne. Gdy dzisiaj np. wspólnie uczestniczymy w liturgii, dostrzegamy Chrystusa poprzez znaki. Wówczas zaś nie będzie to już potrzebne. Kontakt będzie bezpośredni.

2. W kwestii topografii zaświatów, ich ewentualnej scenografii oraz możliwego scenariusza

Chcielibyśmy dokładnie wiedzieć, gdzie jest niebo. Pytanie to jednak tylko częściowo ma sens. Traci go, jeśli jest dla nas kwestią zbliżoną np. do geografii. Niebo rozpościera się po prostu po drugiej stronie śmierci. Jest krainą życia w pełni tego słowa znaczeniu. Wejściem do niego jest spotkanie z Chrystusem po zakończeniu naszego życia. Ono już istnieje. Nie oczekuje nas na końcu czasów; nie jest czymś, co Bóg dopiero będzie konstruował. Nieustannie wchodzi tam rzesza ludzi, którzy odchodząc z tego świata zmierzają do domu Ojca. Niebo nie znajduje się w "jakimś" wymiarze, którego nie możemy sobie wyobrazić. Jest może czymś podobnym do snów, które w naszym odczuciu przecież gdzieś się dzieją. Choć tutaj oczywiście istotna różnica polega na tym, że sny to świat naszych wyobrażeń a niebo jest czymś jak najbardziej realnym. Podobieństwo polega zaś na tym, że też nie potrafimy powiedzieć, gdzie byliśmy, choć przecież coś się z nami działo. Zasadniczo jednak zbłądzimy próbując w jakikolwiek sposób umiejscowić niebo. Bóg jest niebem. Wiedział to już Augustyn pisząc w V w.: "Po tym życiu On sam jest naszym miejscem". Po owej "drugiej stronie" życia nie ma jakiegoś świata, jakiejś krainy. Jest "po prostu" Bóg. Tam wszystko jest Bogiem. Ci, którzy odeszli, są w Bogu. Niebo też jest Bogiem. Do pewnego tylko momentu poprawne jest wyobrażania sobie Boga jako Kogoś, kogo mamy przed sobą, przed kim stoimy. Tak naprawdę wszystko jest w Nim zanurzone. "W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy" (Dz 17,28). Bóg stoi u podstawy całej rzeczywistości. Może rację miał ten z teologów, który napisał, iż umierając nie odchodzimy z tego świata "dokądś", ale zstępujemy w głąb całej rzeczywistości, ku Temu, który jest jej fundamentem. A u podstawy wszystkich rzeczy jest Osoba, Miłość, Bóg.

Czasami wydaje się nam, że Bóg musiał poświęcić niesamowicie wiele czasu i fantazji na zorganizowanie nam nieba. I to musiał się rzeczywiście wysilić, jeśli ma ono trwać przez całą wieczność. Może wyobrażamy sobie wszystko, co jest "po drugiej stronie", jako zaaranżowane przez Boga, jako pewien scenariusz, który jest realizowany przez poszczególnych ludzi przedostających się na "tamtą stronę". Otóż Bóg nie organizuje żadnej scenografii ani nie pisze scenariusza. Niebo jest życiem w Bogu. On sam jest nieskończony w swoim bogactwie i nie należy sobie wyobrażać nieba jako zbioru pewnych atrakcji, które zostały dla nas przygotowane. "A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa" (J 17,3). To chyba najpiękniejsze słowa, jakie napisano o niebie. Poznanie Boga. Będziemy znali Boga. Nie chodzi tutaj o znajomość w takim sensie, w jaki zna się na przykład treść książki lub postać jakiegoś piosenkarza. Mowa o poznaniu, które może być porównane do tego, gdy mówimy w języku potocznym np. "Ależ nie potrzeba niczego na piśmie, przecież my się znamy". Mowa bardziej o relacji, o dogłębnej znajomości, która rodzi zaufanie. Język biblijny idzie tutaj jeszcze dalej, gdy używa kategorii poznania, znajomości mówiąc także o relacji małżeńskiej, a nawet stosunku seksualnym będącym najwyższym zjednoczeniem osób. "Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" (Łk 1,34). Słowa te kieruje do Gabriela Maryja już zaręczona, która nie mogła współżyć z narzeczonym do dnia ślubu i stąd znalezienie się w ciąży (dla osób z zewnątrz skutek "poznania męża") byłby dla niej w tamtym momencie czymś niesamowicie kłopotliwym. Poznanie Boga mówi o wielkiej bliskości, której nie możemy sobie wyobrazić, tak jak Kimś niepojętym jest dla nas sam Bóg, niedający się sprowadzić do naszych ziemskich doświadczeń.

3. "Czy mój króliczek pójdzie do nieba?"

Taki tytuł nosi książka J. Hughesa (wyd. Vocatio, Warszawa 1994) przeznaczona dla chrześcijańskich rodziców będąca swojego rodzaju poradnikiem związanym z kłopotliwymi pytaniami dzieci. Pytanie zawarte w tytule nie jest jednak wcale banalne. Jest to bowiem pytanie nie tylko o mojego kanarka, psa czy kota, ale tak naprawdę pytanie o mnie, o moją tożsamość, o to, na ile mój dzisiejszy świat będzie moim udziałem także w przyszłości. Trudno człowiekowi zrezygnować z tego, co dla niego cenne i co daje mu radość na rzecz jakiegoś oddalonego, bliżej niesprecyzowanego szczęścia, nawet jeżeli jest ono gwarantowanie przez samego Boga. Otóż Bóg nie każe nam wyzbywać się naszej codzienności.

W przeczytanym niedawno opowiadaniu z miesięcznika "W drodze" z ust chorego umierającego człowieka pada stwierdzenie, że w niebie wreszcie będzie mógł on pograć ponownie na ulubionym pianinie; było to niemożliwe podczas całego trwania choroby. Czy i te pragnienia są zupełnie pozbawione podstaw będąc marzeniami "z tego świata", które zostaną zamienione kiedyś w szczęście przygotowane przez Boga, zupełnie inne od wszystkiego, co tutaj potrafimy sobie wyobrazić i wyrazić? Otóż ta kwestia nierozerwalnie wiąże się z poprzednią, gdyż stawia nas ponownie wobec pytania o naszą tożsamość w przyszłym świecie, o to, kim będziemy i czy wszystko w przyszłości będzie oderwane od mojej dzisiejszej codzienności. Otóż nie. Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że pozostaniemy sobą. Bóg nie zamierza niszczyć naszej tożsamości, osobowości. Po "tamtej stronie" nie ma z góry przygotowanego świata. Będziemy go współtworzyć także my. Nie dlatego, aby Bóg był niezdolny do tworzenia nieba, ale ponieważ pragnie włączyć człowieka do udziału w budowanie przyszłości, także tej ostatecznej.

W niebie pozostaniemy sobą. To, co zostanie nam odjęte, a właściwie, czego się pozbędziemy to grzech i jego konsekwencje. Pozostaną nienaruszone, choć przemienione, relacje, które nas tworzą - znajomości, przyjaźnie, małżeństwo itp. Powtarzam: wszystko to, będzie pozostawione, choć przemienione. Pozostaniemy sobą. W tym sensie można mówić o temperamencie, zainteresowaniach... Oczywiście nie chcemy wchodzić w detale, aby nie sprowadzić wątku w okolice banału.

Niebo polega na spełnieniu się, ale pochodzącym od Boga. Można więc mówić o pewnej proporcjonalności. Bóg wychodzi na przeciw konkretnego człowieka. Tak jak dzisiaj każdy ma swoje osobiste doświadczenie Boga, choć jest ono doświadczeniem w ramach wiary tego samego Kościoła, tak w przyszłości niebo będzie zindywidualizowane i to nie tylko pod względem stopnia szczęścia, jaki człowiek będzie doświadczał w zależności od stanu przygotowania, tj. otwarcia na to, co Boże tutaj na ziemi, ale także będzie ono odniesieniem do mojej indywidualności, niepowtarzalności. Nie jest to ograniczanie Boga, ale stwierdzenie, że to właśnie Bóg będzie respektował bogactwo, które sam stworzył i któremu dał możliwość rozwijania się.

Niebo to spełnienie życia człowieka. O tyle także mówienie o scenariuszu wydaje się niedokładne, gdyż niebo stanowi spełnienie życia konkretnego człowieka. Śmierć nie jest ucięciem naszych marzeń, oczekiwań, pragnień i dążeń. Także to, co tutaj pasjonowało nas przez długi czas a co zostało niedokończone przez śmierć, ma szansę na swoją realizację. Wszystko to, co jest w nas ukryte, co może w ogóle nie miało tutaj szansy na realizację, będzie miało możliwość spełnienia się. Istnieje kontynuacja tożsamości. Życie na ziemi nie może być traktowane tylko jako próba, która nas kwalifikuje do życia wiecznego lub nie. Naszego życia nie tworzą wydarzenia, których celem jest danie Bogu możliwości wypracowania sobie o nas właściwej opinii, na podstawie której wpuszcza nas do nieba lub nie. Bóg nie jest chłodnym i bezstronnym arbitrem historii. Jest pełnym miłości Stworzycielem. W jakimś sensie historia nieba będzie kontynuacją, choć na innym oczywiście poziomie, wszelkiego dobra, które dzieje się tutaj w naszym życiu. Bóg sam je dopełni. Dlatego właśnie mówimy często o dopełnieniu życia człowieka w niebie. Gdy zastanawiamy się nad pewną stratą, którą jest opuszczenie tego świata, gdyż mogłoby to być pewnym wykorzenieniem człowieka, to zmartwienie nasze jest nieuzasadnione. Bóg nie zamierza nam niczego odbierać ani odejmować, ale, przeciwnie, dodać.

Tutaj znajduje także odpowiedź na pytanie postawione wcześniej: a co z moim króliczkiem? Zwierzęta są śmiertelne. Ale my jesteśmy obdarzeni darem nieśmiertelności. Na tyle, na ile świat obok mnie wyznacza moją tożsamość, na ile staje się częścią mnie samego, na tyle będzie on moim udziałem także w przyszłym świecie. W jakiś sposób i ów królik będzie moją radością, która nie zostanie mi odebrana w przyszłości. On sam podzieli los wszystkiego, co śmiertelne, ale jest przecież wpisany także w moje wnętrze...

Czy to nie sprzeczność? To owszem paradoks, ale przecież nie ma stamtąd reporterskich doniesień. Mówiąc o tym kierujemy się jednak intuicją wiary. Nie będzie tam fizycznie króliczka podobnie jak nie będzie i fortepianów, ale my nie będziemy w żadnym aspekcie odczuwali straty, rozłąki - to wszystko będzie treścią obecną dla nas także w przyszłym świecie.

Czy to nie przesadna antropomorfizacja? Dla chrześcijaństwa osoba ma charakter ostateczny i Bóg szanuje to, kim jesteśmy. Nie jesteśmy jakąś fantazmą, czymś niekonkretnym, co daje się dowolnie kształtować i da się również arbitralnie przekształcić w coś zupełnie innego, tracąc przy tym swoją tożsamość lub jej część.

4. "...aby się stali na wzór obrazu Jego Syna" (Rz 8,29)

Jest jeszcze jeden wątek, który z pewnością wymaga poruszenia. Życie wieczne nie będzie prostą kontynuacją życia ziemskiego, w odmiennych jedynie warunkach. Nie da się go porównać do umieszczenia człowieka na czymś podobnym do przepięknego atolu na Pacyfiku, w krainie płynącej miodem i mlekiem (por. np. naiwne rysunki w broszurach i książeczkach Świadków Jehowy). Niebo oznacza przemianę człowieka. Chrześcijanie wiedzieli o tym od samego początku. Samo mówienie o życiu wiecznym lub o oglądzie Boga nie wyczerpuje tematu. Na czym polegać będzie przemiana? Zostaniemy upodobnieni do Jezusa Chrystusa. "Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi" (Rz 8,29). Często mówimy, że jesteśmy dziećmi Bożymi. I słusznie. Tyle, że będziemy nimi dosłownie, co już nieraz wymyka się naszej świadomości. Znaczy to, iż będziemy dla Ojca tym, kim jest dla Niego Jego Syn. Niesamowite. "W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa" (Ef 1,4-5). Zostaliśmy wybrani przed stworzeniem świata, aby być synami Boga. Do tego nawiązuje także przyjście Chrystusa na świat - zobaczyliśmy wówczas Tego, według przykładu którego mamy żyć i na wzór którego zostaniemy kiedyś przekształceni. "Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek został przebóstwiony" pisał w IV w. św. Atanazy, biskup Aleksandrii. Bóg przeniknie nas dogłębnie, dając nam udział w swoim życiu, przemieniając nas w siebie, choć nie stracimy przez to ludzkiej i własnej tożsamości. Nasza przyszłość jest dosłownie w Bogu. Jesteśmy zaproszeni do podzielania tego niesamowitego życia, jakie toczy się w Trójcy pomiędzy Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Droga ta rozpoczyna się przez chrzest, gdy stajemy się "uczestnikami boskiej natury" (2P 1,4). Jej koniec to życie wieczne, gdzie nasze przebóstwienie się dopełni.

Tutaj przebiega podstawowa różnica pomiędzy nadzieją chrześcijańską a nadzieją wyrażaną przez inne religie. Pozostałe religie, w mniejszym lub większym stopniu, stawiają człowieka wobec nadziei nowego świata rozumianego właśnie jako przygotowanego przez bóstwo. Mamy do czynienia z różnymi opisami raju i szczęścia. Chrześcijaństwo było tutaj zawsze bardzo oszczędne w treści, dzięki czemu bardziej udało się chyba zachować wymiar tajemnicy, jaka nas oczekuje. Sam Nowy Testament posiada teksty, w których dominuje wymiar wspólnoty i właśnie przemiana człowieka na wzór Chrystusa.

Widać też, jak odległa jest nadzieja chrześcijańska od propozycji reinkarnacji wysuwanej przez niektóre wschodnie systemy religijne oraz "reinkarnacji zachodniej" będącej zsekularyzowaną formą tamtej, już bez konkretnego kontekstu buddyzmu czy hinduizmu. Reinkarnacja zmierza w swoim końcowym etapie do połączenia się człowieka z Absolutem, przy czym ów człowiek tak naprawdę unicestwia się w nim. Połączenie, zjednoczenie oznacza tutaj utratę własnej indywidualności, praktyczny niebyt. Mowa o błogostanie, ale tak naprawdę trudno mówić o możliwości jego doświadczania przez jednostkę, skoro ta przestaje istnieć. Poza tym Absolut nie jest osobą. Jest bardziej zasadą całej rzeczywistości, jej korzeniem, fundamentem. Może to trochę bardziej wyrafinowana forma nadziei od politeizmu, ale tak naprawdę nie różni się wiele np. od Krainy Wiecznych Łowów. Tylko chrześcijaństwo posuwa człowieka tak daleko - nie tylko w objęcia samego Boga, ale w głąb Jego życia, ku ostatecznemu przekształceniu w Niego samego. Na wzór Syna Jego Jedynego.

Gdy spotykam się z pytaniem: gdzie są nasi zmarli, bardziej myślę jednak o tym, kim są. Zostali bowiem przemienieni...

5. Czy nie będzie nam w niebie nudno?

Wielu może niepokoić niewypowiedziane nieraz pytanie: czy tam nie będzie nudno? Trudność polega na tym, iż człowiek nie zna radości, która trwałaby nieskończenie długo. Nie może sobie tego wyobrazić. Wszystko na tym świecie nacechowane jest przemijalnością. Kończą się wspaniale przeżywane wieczory z przyjaciółmi (rano praca...), znajomości, przyjaźnie, wakacje, zdrowie. Wszystko jest ulotne. Tak naprawdę nie znamy czystego szczęścia. O wszystkim, czego doświadczamy, wiemy, iż posiadać będzie, wcześniej czy później, swój kres. Patrząc w dal zawsze widzimy koniec. Nie rozumiemy tych, którzy udają, że nie widzą. Z niebem jest zupełnie inaczej. Dlatego też jest ono dla nas nieopisywalne, nie przystaje w tej kwestii do żadnego naszego doświadczenia. Bóg jest źródłem szczęścia przyszłego świata.

Mamy też problem z tradycyjnymi opisami tego, co w niebie się będzie z nami działo. Często słyszymy o oglądaniu Boga. Ale to wydaje się nam być czymś biernym, na podobieństwo seansu kinowego. Mowa też czasami np. o wiecznym śpiewie, jaki święci wykonują na cześć Boga - to zapewne wydaje się jeszcze mniej atrakcyjne... Wiele tekstów biblijnych mówi natomiast o życiu - największej wartości człowieka tutaj na ziemi (zob. np. J 3,36). Jest ono przeciwieństwem śmierci, stanu bez Boga. Nie nudzi się nam życie tutaj na ziemi, nie znudzi się i w niebie.

I jeszcze jedno. Niejednokrotnie mówimy o przyszłym życiu jako o raju. Czy rzeczywiście myślimy wówczas o powrocie do biblijnego pierwotnego stanu pierwszych ludzi? Przecież także i biblijny opis raju nie musi być dla wszystkich odpowiednio zachęcający. Jedno jest jednak pewne: do biblijnego Edenu nie będziemy wracać. Jeżeli mówimy o stanie szczęścia jako o raju na zasadzie analogii, to co innego, ale biblijny pierwotny ogród, nie jest naszym przeznaczeniem. A do czego przeznaczony jest człowiek? Właśnie do stania się w pełni synem na wzór Jezusa Chrystusa. Do tego byli przeznaczeni także Adam i Ewa. I tak kiedyś opuściliby raj. Choć bowiem łączymy z nim błogostan, to nie był on ostatecznym przeznaczeniem człowieka. Do uczynienia był jeszcze wielki krok dalej. Historia zbawienia z woli Bożej zawiera dwustopniowość. Pierwotny stan człowieka także był tylko pierwszym etapem.

Przyszłość człowieka jest w Bogu samym.

ks. Andrzej Dańczak